Adrian Zandberg, współprzewodniczący Partii Razem, w swojej wypowiedzi nie owijał w bawełnę. Jego słowa uderzają w najczulsze punkty polityki rządu Donalda Tuska wobec kryzysu na granicy polsko-niemieckiej. Kryzysu, który – jak wskazuje poseł – został przemilczany, zignorowany, a finalnie oddany w ręce skrajnej prawicy.
Zandberg: Rząd oddał granicę Bąkiewiczowi
Punktem wyjścia dla Zandberga jest sytuacja na pograniczu: kolejki, chaos, brak reakcji. Jak zauważył, to Niemcy zaczęli grać nieczysto – bez konsultacji przywrócili kontrole graniczne, co dla wielu mieszkańców pasa przygranicznego oznaczało powrót do rzeczywistości sprzed wejścia do strefy Schengen.
Zamiast szybkiej reakcji, asertywnego działania czy choćby interwencji w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej, ze strony polskiego rządu zapanowała cisza. „Szanujący się kraj powinien interweniować. Ale po naszej stronie była cisza” – mówił Zandberg.
A potem – jak zauważył – zrobiło się już tylko gorzej. Skrajna prawica, z Robertem Bąkiewiczem na czele, zaczęła organizować „patrole obywatelskie” i odgrywać rolę Straży Granicznej. Milczenie władz wobec tego rodzaju działań, a także wobec obrażania przez bojówkarzy funkcjonariuszy w mundurach, poseł określił mianem „kuriozalnej historii”.
Państwo nieobecne – kolejna katastrofa komunikacyjna
Zandberg nie kryje oburzenia: „To powinny być oczywiste rzeczy w poważnym państwie. Ale u nas nie są”. W jego ocenie, brak odpowiedzi ze strony rządu to nie tylko dowód na indolencję, ale też przyczynek do utraty kontroli nad narracją. W efekcie głos w sprawie granicy przejęły środowiska radykalne, dla których kwestia bezpieczeństwa to wyłącznie okazja do mobilizacji i kreowania zagrożenia.
Na końcu – twierdzi Zandberg – pojawił się premier Tusk, który przyznał, że „coś jednak było nie tak”. Ale to już było po fakcie. „Nie przedstawili liczb, nie przedstawili konkretów” – wylicza poseł. Milczenie rządu uznaje za przejaw braku szacunku dla obywateli, których codzienność została zdezorganizowana przez działania sąsiedniego państwa.
Schengen dla wybranych?
Zandberg przypomina, że Unia Europejska opiera się na wspólnych zasadach – a Schengen nie powinno być traktatem wybiórczym. Niemcy, jego zdaniem, złamały reguły gry. Ale zamiast twardej reakcji polskiego rządu – znów była cisza.
Milczenie to, jak zauważa poseł, było nie tylko politycznie szkodliwe, ale i komunikacyjnie katastrofalne. „Oddali temat Bąkiewiczowi i jego bojówkarzom” – skwitował.
Demokratyczny regres i słabość państwa
Słowa Zandberga można czytać także szerzej – jako diagnozę państwowego braku sprawczości. W jego ujęciu Polska coraz częściej przypomina państwo, które nie potrafi zadbać o swoich obywateli i pozwala, by podstawowe funkcje były przejmowane przez samozwańcze formacje. Brzmi znajomo? W realiach patopaństwa – jak można by sparafrazować – zbyt często obserwujemy słabość instytucji i oddanie pola tym, którzy głośniej krzyczą, a niekoniecznie mają cokolwiek sensownego do zaproponowania.
Alicja Braun

