Decyzja Polski o wprowadzeniu kontroli na granicy z Niemcami wywołała reakcje w Europie. Polska strona słusznie tłumaczy to koniecznością ochrony przed niekontrolowaną migracją, ale niemieccy i austriaccy widzą rzecz inaczej. Komentatorzy kluczowych tytułów biją na alarm i nie pozostawiają na Polsce suchej nitki. Wskazują na poważne konsekwencje gospodarcze i polityczne, ale w mniejszym stopniu interesują ich cele i motywacje naszego kraju.
Niemiecka frustracja: „To uderzenie w podstawy współpracy”
„Tageszeitung” w artykule Simone Schmollack przedstawia obraz rosnącej frustracji po obu stronach Odry. Odwołuje się do emocji pracowników transgranicznych, a także kierowców z transportu międzynarodowego.
Ludzie są wściekli z powodu korków. Kierowcy ciężarówek, pracownicy transgraniczni, mieszkańcy – wszyscy płacą cenę za tę politykę”
– pisze dziennikarka.
Schmollack nie pozostawia złudzeń co do źródła problemu, wskazując, że jest nim niemiecki rząd, który podejmował działania jednostronne i wynikające z bieżących potrzeb politycznych, a nie systemowo.
Rząd RFN robi błędy wszędzie tam, gdzie można je popełnić. Zamiast rozwiązań systemowych, mamy eskalację napięć
– napisała dziennikarka.
Gospodarcze tsunami
„Handelsblatt” przytacza dramatyczne głosy niemieckiego biznesu. Zdaniem gazety, kontrole na granicy i związane z tym utrudnienia mogą spowodować odpływ pracowników z Polski, dla których utrudnienia komunikacyjne mogą być zbyt dużą ceną, aby jeździć do pracy w Niemczech.
Jeśli pracownicy z Polski nie będą mogli dotrzeć do pracy, zaczną szukać zatrudnienia gdzie indziej
– alarmuje Helena Melnikov z DIHK.
Szef MSW Brandenburgii Refe Wilke w rozmowie z gazetą zwraca uwagę na aspekt logistyczny. Mówi wprost o katastrofie dla transportu, który w wyniku kontroli granicznych po polskiej stronie, będzie opóźniany.
To będzie katastrofa logistyczna. Setki tysięcy ludzi odczuje skutki
– powiedział minister.
Ani słowem o tym, że kontrole po stronie Niemiec, które trwają od dwóch lat, też powodowały takie konsekwencje, tyle tylko, że głównie dla przedsiębiorców z Polski. Teraz sytuacja się odwróciła i konsekwencje odczują również Niemcy.
Polityczny wymiar: Bąkiewicz, Tusk i przyszłość Schengen
„Sueddeutsche Zeitung” atakuje Polaków broniących granicy. Opisuje rzekomo narastający problem „samozwańczych grup granicznych”, oskarżając społeczników o sianie paniki. Nie przebiera przy tym w słowach i kreuje narrację dobrze już w Polsce znaną: Niemcy odsyłają tych, którzy przyjechali z Polski.
Robert Bąkiewicz i jego Ruch Obrony Granic sieją panikę, nie przedstawiając wiarygodnych danych
– komentuje dziennikarka Viktoria Grossmann.
Z kolei „Der Standard” analizuje zmianę retoryki Donalda Tuska. Podkreśla, że premier dotychczas unikał twardych słów o potrzebie obrony granicy, ale w ostatnim czasie wszystko to się zmieniło. Gazeta upatruje przyczyn tej zmiany w dużej presji politycznej, która jest wywierana na szefie polskiego rządu.
Nawet proeuropejski premier mówi dziś językiem twardej obrony granic. To pokazuje skalę presji politycznej
– martwi się niemiecka gazeta.
Co dalej ze strefą Schengen?
Austriackie media przypominają, że to już 10 krajów UE, które zawiesiły częściowo swobodny przepływ osób. Tamtejsze gazety podkreślają, że to wszystko nieuchronnie zaprowadzi do zakwestionowania wartości jaką jest Schengen.
Każda kolejna granica, która się zamyka, to cios w ideę zjednoczonej Europy
– podsumowuje „Der Standard”.
Nie ma wątpliwości, że Donald Tusk nie zdecydował się na kontrole graniczne, ponieważ uważa, że wymagają szczególnej ochrony. Powody były czysto polityczne i póki co, Straż Graniczna chroni niemieckie terytorium przed wjazdem tam migrantów od strony Litwy, niż polskiej granicy przed podrzucaniem migrantów od strony Niemiec. Dopóki interes niemiecki nie będzie naruszony mocniej, niż tylko utrudnienia na granicy, polski rząd może liczyć na pobłażliwość niemieckojęzycznych mediów. Jeśli granica Polski z Niemcami zacznie być realnie chroniona przed podrzucaniem tu migrantów, wtedy zacznie się krytyka.
Robert Bagiński

