Od kilku tygodni na granicy z Białorusią dzieje się coś, co budzi spore emocje. Rząd postanowił odpuścić nieco ścisłe kontrole i wprowadził system wyrywkowych inspekcji. Brzmi rozsądnie? Nie wszyscy są o tym przekonani.
Wyobraźcie sobie przejście graniczne, gdzie jeszcze niedawno każdy samochód był dokładnie sprawdzany, a teraz kontrola zatrzymuje tylko co piąte czy dziesiąte auto. Tak mniej więcej wygląda nowa rzeczywistość. Rząd tłumaczy to troską o płynność ruchu i nowoczesnymi metodami wykrywania zagrożeń – dronami, monitoringiem, analizą danych.
Ale jest druga strona medalu. Straż Graniczna przyznaje, że w ciągu ostatniego miesiąca zatrzymała o 30% mniej nielegalnych migrantów niż w tym samym okresie rok temu. Czy to znaczy, że jest bezpieczniej? A może po prostu więcej osób prześlizguje się niepostrzeżenie?
Mieszkańcy przygranicznych wsi opowiadają mi różne historie. Jedni cieszą się, że wreszcie mogą szybciej dojechać do pracy. Inni pokazują zdjęcia śladów w lesie – butów, ubrań, puszek po jedzeniu. „To nie wygląda na turystów” – mówią.
Co ciekawe, Unia Europejska też zmniejsza swoje zaangażowanie. Fronteks, czyli unijna straż graniczna, wycofał część swoich patroli. Oficjalnie – bo Polska ma sobie radzić sama. Nieoficjalnie – słychać głosy, że Bruksela nie do końca ufa nowym metodom.
Eksperci od bezpieczeństwa są podzieleni. Jedni twierdzą, że to normalna ewolucja – zamiast stałych blokad, inteligentne systemy. Drudzy ostrzegają, że Białoruś i Rosja tylko czekają na słabość w naszej ochronie granicznej.
Prawda pewnie leży gdzieś po środku. Nowe technologie rzeczywiście mogą pomóc, ale czy na pewno już teraz jesteśmy gotowi całkowicie zrezygnować z tradycyjnych kontroli? To trochę jak z alarmem w domu – można postawić na nowoczesne kamery, ale chyba nikt nie rezygnuje zupełnie z solidnych drzwi i zamków.

