Na pierwszy rzut oka to tylko epizodyczna zmiana w polityce migracyjnej. 8 maja niemiecki rząd ogłosił, że przestaje rozpatrywać wnioski o azyl od osób, które przekroczyły granicę Niemiec z innego państwa członkowskiego Unii Europejskiej. W teorii to zgodne z procedurami – ale w praktyce tworzy napięcie, którego skutki odczuwa przede wszystkim Polska. Swoją interpretację tej sytuacji przedstawili podcasterzy z kanału Dwie Lewe Ręce – Marcin Giełzak i Jakub Dymek.
Niemiecki pushback: zgodnie z prawem czy poza trybem?
– Najczęściej, biorąc pod uwagę istnienie wielkiego szlaku przerzutu ludzi, będą to osoby przybyłe z Polski – zauważyli. Mechanizm ten działa w oparciu o dwie legalne ścieżki – procedurę zawrócenia i przekazania. W obu przypadkach państwo niemieckie może odmówić przyjęcia cudzoziemca i odesłać go do kraju, w którym znalazł się po raz pierwszy w Unii Europejskiej.
Problem w tym, że coraz częściej zamiast procedur pojawia się „odstawianie ludzi” przez granicę – bez dokumentów, bez decyzji, bez poszanowania międzynarodowych i bilateralnych umów. – Obawa jest taka, że te działania mogą się zamienić i zamieniają się w swego rodzaju pushback bez żadnego trybu – zaobserwowali podcasterzy, wskazując na wyrok niemieckiego sądu z 2 czerwca, który uznał zawrócenie trzech Somalijczyków za niezgodne z prawem.
Dlaczego Niemcy to robią?
Jak wyjaśniają publicyści, motywacja Berlina jest dwoista. Z jednej strony polityczna – chodzi o zatrzymanie wzrostu poparcia dla skrajnej prawicy z AfD, która wykorzystuje temat migracji w swojej kampanii. Z drugiej strony – symboliczna: pokazanie niemieckiemu społeczeństwu, że rząd „coś robi”.
Ale ten „gest siły” ma swoją cenę. – Gdyby te rzesze migrantów naprawdę były tak wielkie, jak się to przedstawia, Telewizja Republika miałaby codziennie nowe obrazki, a nie te same ujęcia tych samych kilku osób – ironizują. Ich zdaniem cała narracja o „potężnym szturmie” na granicę polsko-niemiecką opiera się bardziej na mitologii niż faktach.
Korytarz nie do zamknięcia
Polska – jak pisze „Rzeczpospolita” – zainwestowała miliardy w uszczelnienie wschodniej granicy, rozlokowała 10 tysięcy funkcjonariuszy i tymczasowo zawiesiła prawo do azylu. Efekt? Trzydziestokrotny spadek liczby nielegalnych przekroczeń od strony Białorusi. A jednak korytarz przerzutowy nie zniknął. – Nadal mamy przynajmniej setki ludzi, którzy nielegalnie przedostali się do Niemiec z Polski – przyznają.
Złożoności sprawy nie zmniejsza fakt, że nie wiadomo dokładnie, kto tak naprawdę jest „przerzucany” z powrotem. Czy chodzi wyłącznie o migrantów z kierunku białoruskiego? Czy może także tych, którzy dotarli do Niemiec przez Łotwę, Węgry, a może nawet południową Europę? – Nie mamy bladego pojęcia, skąd te osoby się biorą – i to jest problem.
Polityka przerzucania odpowiedzialności
Zamiast realnej współpracy, mamy do czynienia z przepychanką – nie tyle prawną, co polityczną. – To, co obserwujemy na naszej granicy, nie jest bardziej dramatyczne niż to, co dzieje się w Calais czy w kanale La Manche. Problem polega na tym, że w publicznym dyskursie granica staje się miejscem projekcji lęków, uprzedzeń i geopolitycznych napięć.
W gruncie rzeczy – jak podkreślają obaj rozmówcy – zarówno Polska, jak i Niemcy chcą tego samego: zamknąć korytarz hybrydowej wojny migracyjnej otwartej przez Rosję i Białoruś. Ale robią to kosztem migrantów, aktywistów i zasad wspólnoty europejskiej. – W tej sytuacji Niemcy nie zachowują się z całą sojuszniczą lojalnością.
Co dalej?
Można odnieść wrażenie, że cała sytuacja zmierza ku jakiejś formie rozładowania. – To przepychanka między dwoma sojuszniczymi państwami, która, nawet jeśli chwilami grana jest brudno, prędzej czy później zakończy się polubownie – podsumowują
Pytanie tylko, ile jeszcze osób – migrantów, funkcjonariuszy, mieszkańców przygranicznych gmin – zostanie po drodze wciągniętych w tę „grę o granicę”.
Alicja Braun

