W obliczu rosnących napięć na granicy polsko-niemieckiej oraz medialnego szumu wokół tzw. paktu migracyjnego, Prawo i Sprawiedliwość wraca do swojej sprawdzonej strategii: referendum, straszenie „nielegalną migracją” i propozycje legislacyjne, których skuteczność jest co najmniej wątpliwa. Tym razem ofensywę otwiera Kamil Bortniczuk, zapowiadając zbieranie podpisów pod kolejnym referendum w sprawie migracji oraz ograniczenia wjazdu do Polski dla obywateli wybranych państw.
Znów referendum, znów mobilizacja
– Ogłaszamy po raz kolejny akcję zbierania podpisów pod kolejną akcją referendarną „Stop nielegalnej migracji” – ogłosił Bortniczuk, stawiając wyraźną tezę: społeczeństwo zostało oszukane. Zdaniem PiS przez lata karmiono opinię publiczną zapewnieniami, że Polska nie przyjmie unijnego mechanizmu relokacji migrantów, a tymczasem – jak mówi poseł – „pakt migracyjny” jest już wdrażany.
Nie jest to pierwszy raz, gdy partia próbuje mobilizować elektorat wokół haseł „zagrożenia zewnętrznego” – wcześniej wykorzystano podobną retorykę m.in. w kampanii przed wyborami parlamentarnymi w 2023 roku. Wówczas referendum nie wypaliło – frekwencja była zbyt niska, a pytania zbyt tendencyjne, by zdobyć uznanie nawet po stronie sympatyków partii.
Pomysł: zakaz wjazdu dla obywateli wybranych państw
W drugiej części wystąpienia Bortniczuk ogłosił, że PiS składa projekty ustaw czasowo ograniczających możliwość przekraczania polskich granic przez obywateli „wybranych krajów świata”. Szczegółów brak – nie wiadomo, jakie kryteria miałyby decydować o wprowadzeniu takiego zakazu ani jak miałby on się odnosić do unijnych przepisów o swobodnym przepływie osób i ochronie praw człowieka.
Warto przy tym przypomnieć, że to właśnie rząd Zjednoczonej Prawicy – jak sam Bortniczuk przyznał – wydał w latach 2018–2023 ponad 6 milionów wiz dla obywateli m.in. państw Bliskiego Wschodu i Afryki. Otwarto bramy, zorganizowano szlaki – by teraz w imię politycznej potrzeby te same bramy teatralnie zatrzaskiwać.
Tusk na celowniku, choć decyzja nie jego
Narracja PiS nie byłaby kompletna bez odniesienia do Donalda Tuska. Tym razem zarzut dotyczy decyzji sprzed dwóch lat, kiedy Polska – zdaniem Bortniczuka – „nie przystąpiła do paktu migracyjnego”. Z perspektywy prawnej ta narracja pozostaje nieprecyzyjna – nie istniał bowiem formalny pakt, do którego można było „przystąpić”. Chodzi raczej o projekt przepisów reformujących unijną politykę azylową – przyjęty w toku wieloletnich negocjacji, z udziałem rządów różnych opcji politycznych.
Granice: nie tylko wschód, ale i zachód
Nowością w wypowiedzi Bortniczuka jest podkreślenie, że chodzi już nie tylko o granicę z Białorusią, ale również z Niemcami. To znaczący zwrot – polityka migracyjna PiS dotychczas koncentrowała się na wschodniej flance, gdzie groźba „wojny hybrydowej” ze strony Mińska i Moskwy była łatwa do uwiarygodnienia. Teraz narracja przenosi się na zachód – w stronę unijnego sąsiada, z którym Polska ma jedną z najbardziej uczęszczanych granic w Europie.
Ten zabieg pozwala wpisać Niemcy – a pośrednio także instytucje UE – w retorykę „zagrożenia zewnętrznego”. W ten sposób migracja staje się nie tylko tematem debaty społecznej, ale i symbolicznym polem konfliktu między „Polską suwerenną” a „unijnym dyktatem”.
Edyta Matecka

