Miały usprawnić procedury azylowe, odciążyć Niemcy i wzmocnić solidarność w ramach Unii Europejskiej. W praktyce niemieckie „ośrodki dublińskie” stały się symbolem nieskuteczności i chaosu. Z placówki w Eisenhüttenstadt, stworzonej dla migrantów przybywających z Polski, udało się odesłać zaledwie pięć osób, a cztery z nich szybko wróciły za Odrę.
Zgodnie z unijnymi zasadami, wniosek o azyl powinien być rozpatrywany w tym kraju, do którego migrant przybył najpierw. Od lat jednak to Niemcy przyjmują najwięcej wniosków, co stało się źródłem politycznych napięć. Aby ograniczyć napływ cudzoziemców i usprawnić procedury, Berlin zdecydował się na powołanie „ośrodków dublińskich”.
System dubliński w teorii i w praktyce
W teorii takie placówki miały działać w każdym z 16 landów. W praktyce powstały tylko dwa: w Hamburgu oraz Eisenhüttenstadt, przy granicy z Polską. Ten drugi dedykowano migrantom, którzy przekroczyli granicę od strony naszego kraju.
Migranci kierowani do Eisenhüttenstadt otrzymują jedynie podstawowe świadczenia tj. miejsce do spania, jedzenie i środki higieniczne. Rozwiązanie to miało zniechęcać ich do pozostawania w Niemczech i zachęcać do dobrowolnego wyjazdu.
Jak podkreśla „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung”, efekty są znikome. Spośród 72 osób skierowanych do ośrodka do Polski odesłano pięciu migrantów, z czego czterech szybko powróciło do Niemiec.
Impulsem do zmian w prawie był dramatyczny atak w Solingen, gdzie syryjski migrant, który zgodnie z systemem dublińskim powinien trafić do Bułgarii, zabił trzy osoby. Nowelizacja przewidziała ograniczenie świadczeń dla osób przeznaczonych do readmisji do dwóch tygodni i obowiązek kierowania ich do „ośrodków dublińskich”.
Jednak rozwiązanie od początku budziło kontrowersje. Minister spraw wewnętrznych Brandenburgii przyznał, że 60 proc. migrantów ukrywa się przed procedurą, co czyni cały system iluzorycznym. Część niemieckich sądów poszła jeszcze dalej, uznając, że model „łóżko, chleb i mydło” jest sprzeczny z prawem i narusza standardy ochrony praw człowieka.
Czy projekt ma przyszłość?
Dziś z planowanych 16 ośrodków działają tylko dwa, a kolejne tworzą wyłącznie Badenia-Wirtembergia i Dolna Saksonia. Reszta landów nie widzi sensu w powielaniu rozwiązania, które nie działa ani jako narzędzie odstraszające, ani jako realny mechanizm readmisji.
Tymczasem sąsiednie państwa, w tym Polska, zwracają uwagę, że Niemcy powinny stosować pełną procedurę przekazywania uchodźców, a nie spychać odpowiedzialności na „ośrodki dublińskie”.
Prawda jest taka, że niemieckie „ośrodki dublińskie” stały się przykładem, jak trudne jest wprowadzenie w życie unijnych regulacji dotyczących azylu. Zamiast usprawniać system, obnażają jego słabości: brak solidarności, nieskuteczną readmisję i brak spójnej polityki migracyjnej. Symboliczne pięć osób odesłanych do Polski pokazuje, że reforma, która miała być przełomem, dziś jest bardziej politycznym balastem niż realnym rozwiązaniem problemu.
Niemcy kombinują jak mogą
Tymczasem, jak doniosły media, Niemcy znów zaczynają podrzucać do Polski migrantów. O incydencie poinformował portal Chojna24.pl zaalarmowany przez jednego z mieszkańców, który uwiecznił telefonem, jak z samochodu wysiadają dwie osoby dorosłe i troje dzieci. Rodzina migrantów została przywieziona do Polski przez niemiecki radiowóz do Osinowa Dolnego w województwie zachodniopomorskim.
Zareagowała nawet oficjalnie Straż Graniczna.
Przywiezienie i pozostawienie przez niemiecką Policję cudzoziemców w Polsce (Osinów Dolny) odbyło się z naruszeniem zasad współpracy obu służb i prawa regulującego kwestie przekazywania osób. Służby niemieckie nie mogą arbitralnie podejmować takich decyzji
– napisała SG.
Marian Zgorzelski

