Granica polsko-białoruska wciąż niespokojna, a ostatnio zamieniła się w pole bitwy. W poniedziałkowy wieczór pod Czeremchą grupa migrantów próbowała wedrzeć się do Polski. Reagowali agresją, a polski żołnierz został ranny. Trafił do szpitala, gdzie walczyli o jego zdrowie lekarze.
Do dramatycznych scen doszło tuż po zmroku, około godz. 20. Migranci, zamiast się wycofać, zaatakowali żołnierzy Zgrupowania Zadaniowego „Podlasie”.
Podczas użycia środków przymusu bezpośredniego doznał urazu lewej ręki
– przekazało Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych.
Rannego wojskowego natychmiast ewakuowano do szpitala w Białymstoku. Na szczęście jego stan jest stabilny, a życie nie jest zagrożone.
Na miejscu zdarzenia czynności wyjaśniające prowadzi Żandarmeria Wojskowa
– dodali wojskowi w komunikacie.
Granica pełna gniewu
Nie był to pierwszy raz, gdy migranci sięgnęli po agresję. Straż Graniczna i wojsko niemal codziennie muszą odpierać ataki: lecą kamienie, konary, a nawet butelki i noże. To już nie są „uciekinierzy”, ale ludzie gotowi iść na starcie z mundurowymi, by za wszelką cenę dostać się na Zachód.
Takie zdarzenia to element wojny hybrydowej prowadzonej przez reżim Aleksandra Łukaszenki. Migranci są wykorzystywani jak broń, a agresja wobec polskich żołnierzy ma jeden cel: osłabić obronę granicy i wprowadzić chaos.
Polska twierdza na Wschodzie
Incydent pod Czeremchą pokazuje, jak ogromne ryzyko codziennie podejmują polscy żołnierze i strażnicy. Granica wschodnia to nie tylko linia na mapie, lecz realna ściana, którą trzeba bronić przed zorganizowaną akcją Mińska i Moskwy. Każdy kolejny atak przypomina, że bezpieczeństwo Polski nie jest dane raz na zawsze. Wschód patrzy, testuje i prowokuje, a polscy żołnierze płacą zdrowiem za to, by granica nie runęła.
Robert Bagiński

