Kanclerz Friedrich Merz zapowiedział udział Niemiec w ochronie polsko-białoruskiej granicy, mówiąc o „ścisłej współpracy” z Warszawą. Nie brzmi to jak przełom dyplomatyczny, ale brutalny żart z Polski, bo niemiecką skuteczność w ochronie granicy Polacy obserwują codziennie: od Zgorzelca, przez Gubin i Słubice, a na Lubieszynie kończąc. 52 przejścia graniczne pomiędzy Polską, a Niemcami – to tyleż samo punktów zapalnych, które trzeba chronić przed niemiecką bezczelnością w przerzucaniu do naszego kraju nielegalnych migrantów.
Dla wielu Polaków, zmęczonych działaniami niemieckich służb na zachodniej granicy, deklaracje z Berlina budzą więcej niepokoju, niż nadziei. „Współpraca”, może oznacza dla Polski problemy.
Merz: granice Unii to granice Niemiec
Kanclerz Niemiec Friedrich Merz, jeszcze przed wizytą jego wysłannika z MSW w Polsce, w jednoznaczny sposób zapowiedział rozszerzenie niemieckiego wpływu na wschodnie granice Unii Europejskiej. Zwyczajowo już, dowiedzieliśmy się o tym nie od polskich służb, ale z niemieckich mediów, konkretnie – z Deutsche Welle.
Będziemy brać udział w ochronie zewnętrznych granic europejskich i nie pozostawimy tej obrony tylko tym, którzy bezpośrednio posiadają zewnętrzne granice na swoim terytorium
– zapowiedział Merz.
Deklaracja kanclerza Friedricha Merza, który uznał polsko-białoruską granicę za kluczową z perspektywy Berlina, ma prawo budzić zdziwienie. Pomimo braku bezpośredniego styku Niemiec z Rosją czy Białorusią, Merz podziękował Polsce za przeciwdziałanie zorganizowanej migracji i wskazał na intensywny kontakt z Donaldem Tuskiem oraz bliską współpracę obu rządów.
To nie pierwszy raz, gdy rząd Tuska jest podejrzewany o ukrywanie faktów, które są dla niego niewygodne i nie cieszą się poparciem opinii publicznej. Cieszą za to opinię publiczną w Niemczech i dlatego kanclerz Merz ogłasza to w tamtejszych mediach, a Donald Tusk wybiera opcję milczenia.
Robert Bagiński

